.

poniedziałek, 5 października 2015

Kotek



Czasami jak chcę sobie poprawić humor, odgrzebuję i śmieję się w głos. Sama nie wiem co bardziej mnie bawi, sama historyjka czy sposób w jaki jest opowiedziana. Może znacie, może nie, w każdym bądź razie uprzedzam będą słowa mniej cenzuralne więc wszystkim, którzy nie mają dystansu do siebie i świata i nie lubią gwiazdek, proponuję ograniczyć się do obejrzenia zdjęcia :-)

Zdjęcie moje. Tekst nie mój. Z przyjemnością podałabym nazwisko autora ale nie wiem kto nim jest (znalezione w internecie). W każdym bądź razie jestem jego fanką!


"Posiadam. Wróć. Moja żona posiada kota, rasy kotka, rasy czarnej, rasy ze schroniska, rasy małe kocie. Guzik by mnie to obchodziło gdyby nie fakt, że jest małe, że chodzi to to bez przerwy za mną i trzeszczy - a to na ręce, a to żreć, a to trzeszczy dla samego trzeszczenia, zupełnie jak jej pani. Generalnie pogłaskać mogę, kopnąć jakąś rzecz która leży na ziemi, żeby kot za nią biegał. Niech chowa się zdrowo do czasu, aż raz zapomnę zamknąć terrarium i zajmie się nim mój wąż. Reszta to nie mój problem.
Ale do czasu. Staje się to moim problemem, gdy moja współmałżonka udaje się w celach służbowych gdzieś tam, na ileś tam. I spada na mnie karmienie, wyprowadzanie i sprzątanie po tym całym tałatajstwie. Jako, że to zawsze lekko olewam i robię wszystko w ostatni dzień przed powrotem małżonki, nie nastręcza mi to wiele problemów.

Kot jest od niedawna i od niedawna jest nowy zwyczaj - niezamykania łazienki, gdyż w niej znajduje się urządzenie zwane potocznie kuweta, do którego kot robi to samo co ja w toalecie, czyli wchodzi i może spokojnie pomyśleć. Mnie jednak uczono całe życie, żeby zamykać te cholerne drzwi do łazienki za sobą, więc stale żona mi trzeszczała, że kot tam nie może wejść. Ja jestem stary i się nie nauczę, poza tym mieszkam tu dłużnej niż ten kot, sam dom stawiałem, moje drzwi, mój kibel, wypierdalać więc. I postawiłem na swoim. Od jakiegoś czasu kot chodzi do toalety razem ze mną. Jak nie ma małżonki to musi zazwyczaj czekać na mnie albo miauczeć coby przypomnieć, że trzeba mu łazienkę otworzyć. Jak jest żona, to ona ma już w biosie zaprogramowane: ja wychodzę i zamykam, ona idzie i otwiera, żeby kot mógł wejść - taka technologia po prostu. Czasem kot skacze na klamkę, ale ma jeszcze zbyt małą wyporność i zwisa na niej bezradnie. Jednak jak moja żona będzie nadal go tak karmić, to w szybkim tempie będzie za każdym razem klamkę upierdalał, a wtedy wiadomo - wąż.

Dobrze więc, uporządkuję: żona - delegacja, ja - praca. Wracam, wchodzę do domu, kot przy drzwiach do łazienki skwierczy, bo jak wychodziłem to zamknąłem za sobą. Ok, kotku mnie się też chce. Idziemy razem - ja toaletka, okienko uchylam, papierosik (bo żona będzie za trzy dni - więc spokojnie wywietrzę) kotek swoje, ja przez okienko spoglądam, jest cudnie. Kotek wskakuje na kaloryfer, na parapecik i patrzymy sobie razem przez okno. No cudnie. 

Kot skończył dawno, ja teraz, pet do muszli, spuszczam wodę, a ten mały skurwiel jak nie śmignie i sru za tym petem z tego parapetu i do kibla. Zakręciło nim dwa razy i kota nie ma. Nawet nie zdążył miauknąć. No ja pierdzielę. Nie ni chu**, to niemożliwe jest. Przecież nawet taki mały kot jest kur** za duży, żeby przejść tym syfonem. Ale słyszę tylko pizdut - oż kur**, no to nie mogło mi się zdawać, coś ciężkiego poszło w pion. Kur**, wszyscy święci w trójcy jedyny Boże, ukazali mi się przed oczami. Kot kur** popłynął wprost w odmęty prawego dopływu królowej polskich rzek. Lecę na dół do piwnicy, choć może powinienem od razu do schroniska, zanim wróci moja żona. Nie ma wafla, znajdę jakiegoś małego czarnego skurwiela z białą krawatką, nie było jej kilka dni, może się nie połapie. Ale najpierw do piwnicy, zbiegam po schodach, słucham - coś drapie w rurze, pion, kawałek płaskiej rury - miauczy - jest, kur**, żyje i nie poleciał do sieci miejskiej. Nawet jak teraz zdechnie to luz, przynajmniej będę miał jego truchło i powiem, że kojfnął z przyczyn naturalnych albo tylko lekko nienaturalnych, bo przecież mi baba nie uwierzy za chu** trefla, że kot sam wpadł do kibla. Ale na razie drapie i żyje.

Znalazłem taki wziernik, gdzie można zaglądnąć do tej rury i wołam. Kici, kici! Ni chu**, nie przyjdzie, wołam, wołam, a ten kur** głąb zamiast przyjść do mnie to kur** chce iść tam skąd przyszedł, czyli do góry w pion. Ja go wołam, a on do góry drapie. I udrapie, udrapie kilkanaście centymetrów i zjazd w dół. No pojeba** i mnie, że tu stoję i jego (kota). I tak przez pół godziny. Prosiłem, wołałem, błagałem, groziłem, wabiłem żarciem i ni chu**, uparł się i nic tylko rura do góry z powrotem do kibla. Za daleko, żeby włożyć rękę, grabie czy cokolwiek. Jedyna metoda - fight fire with fire - ogień zwalczaj ogniem. Zatkałem tę rurę przy wzierniku deszczułkami, których używam na podpałkę do kominka, żeby kot nie popłynął już nigdzie dalej i z buta na górę do kibla: Geberit i woda w dół - bombs gone! I bieg do piwnicy. Po drodze słyszę jak się przewala po rurach - podziałało. Wbiegam do piwnicy i kur** koniec świata. Nie ma moich deszczułek - no może z jedna, cała prowizoryczna tama poszła w chu* i kota też nie słychać już. Ja pierd**ę.

Kur**, gdzie ta rura teraz idzie - coś mi świta, że kanalizacja w ulicy, dom od ulicy ze 30 metrów - może nie wszystko stracone i gdzieś się zwierzak zatrzymał po drodze. Biegnę na ulice, jest studzienka - mam nadzieję, że to od mojego domu. Ni cholery jej nie podniosę. Ciężka jak szlag i nie ma za co chwycić. Powrót do domu i pogrzebacz od kominka, tym może uda się to podważyć. Ni cholery - najpierw ugiąłem, potem złamałem żelastwo. Myśl! Auto stoi na ulicy - mam pas do holowania, może uda się to szarpnąć. Hak, pas, wsteczny - poszło, aż zakurzyło. Po jaką cholere takie te wieka robią ciężkie. Smród jak cholera, ale złażę tam - ciemno jak w dupie, rura jest, wygląda, że idzie od mojego domu. Latarka. Kur**, mam w aucie, chu**wa, ale może starczy. Włażę po raz drugi - smród mnie już nie zabije - przywykłem po chwili. Zaglądam i jest, oczyska mu się tylko świecą. I znów ta sama bajka. Kici, kici, kici, a ten mały skurczybyk spierdziela w druga stronę. No ja pierd**ę. Szlag mnie zaraz trafi. Długo tu nie wysiedzę, jest zimno, śmierdzi, a na dodatek ktoś mi zwali tę pokrywę na łeb i moje problemy się skończą jak nic. Nie chcesz po dobroci, to będzie po złości. Do domu, po brezent. Wyłożyłem dno studzienki, tak by mi nie wpadł głębiej. Zużyłem wszystkie taśmy samoprzylepne, plastry, żeby nie wpadł do głównej nitki kanalizacyjnej. Zaglądam co chwile do rury, ale słyszę tylko miauczenie i nic nie widzę. Poszedł gdzieś w pizdu.

Jeszcze tylko trójkąt, żeby nikt się w tę otwartą studzienkę nie wpierdzielił, bo na ulicy ciemno. Sąsiad, kur**, ciekawski, widziałem żłoba jak patrzył przez okno, jak próbowałem pogrzebaczem podnieść wieko. Nie przyszedł pomóc, a teraz chu* złamany stoi i się dopytuje. Co mam mu kur** powiedzieć? Eeeee, przepycham kotem kanalizacje? Idźże w chu*, pacanie. Powiedziałem mu w końcu, żeby poszedł do domu i pozatykał sobie też wszystkie otwory, bo na początku osiedla była awaria i wszystkie ścieki się wracają i wybijają w domach - a ten baran się przestraszył, poleciał i przed swoim domem siłuje się z pokrywą. Niech ma za swoje.

Wracając do kota - bo menda tam siedzi i nie chce wyjść. Mam wszystko gotowe, więc do domu, jedna wanna, druga wanna, koreczek i napuszczam wodę. Papierosik i czekam pod studzienką, bo nuż mu się zmieni i wyjdzie dobrowolnie. Kur**, drugi sąsiad przyszedł - po pięciu minutach następny odmyka wieko, teoria samospełniającej się przepowiedni działa - kur**, ludzie to są barany. Idę do domu, obie wanny pełne, ognia - spuszczam wodę z wanien i dokładam dwa spusty z dwóch spłuczek z domu. Nie ma chu**, to go musi wygonić albo utopić. Lecę na ulice, woda wali na brezent aż huczy, a tego skurwiela nadal nie wylało z kąpielą. Kur** mać, urwało się wszystko w pizdu i popłynęło, bo ileż to utrzyma tej wody. Brezent, taśmy, plastry, sznurki - w chu* - jak się to gdzieś przytka, to będę miał przerąbane. Znowu do domu po drugi pogrzebacz, bo trzeba zamknąć ten pierdzielony dekiel. Wchodzę, a ten skurwiel kot tarza się w sypialni po łóżku. No ja pierd***! Jak on kur** wyszedł, którędy? Ano kur** wziernikiem w piwnicy - zostawiłem otwarty. Ja kur** stoję i marznę a ten gnój tarza się w mojej pościeli. Zaje**e! Przerobię na pasztet. I jeszcze z radości włazi na mnie. Kur** mać. Przynajmniej kuleje.

Straty: zaje**ne łazienki, w obu przelała się woda z wanien, zaje**na piwnica, bo zostawiłem otwarty wziernik i duża część wody poleciała na piwnice. Pościel w sypialni do wyje**nia, brezent z reklamą firmy - poszedł w chu*, latarka - w chu*, pogrzebacz w chu*. Afera na ulicy jak chu*."

7 komentarzy :

  1. prawie się popłakałam ze śmiechu, dzięki, potrzebne mi było

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytając tekst łzy napływały mi do oczu, co chwilę wybuchałam salwami śmiechu, które były trudne do powstrzymania... dzieci patrzały zdezorientowane co się dzieje (zazwyczaj gdy przeglądam komórkę jestem bardziej stabilna :)) Ewcia, po ciężkim lustracyjnym dniu poprawiłaś mi nastrój :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Madzia, dzieciom nie czytaj! :-)

      Usuń
  3. EWA !!! doskonałe na poczatek dnia :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetne ! :D Pozdrowienia !

    OdpowiedzUsuń
  5. hahahaha wymiękłam !!!!!!

    OdpowiedzUsuń